Każde pokolenie kibiców ma moment, w którym wydaje mu się, że właśnie teraz dzieje się coś wyjątkowego. Że właśnie teraz przyszła największa zmiana, największe trzęsienie ziemi, największy zwrot akcji, a potem mija kilka lat i okazuje się, że historia napisała kolejny rozdział, a książka nadal leży na tej samej półce. Tak właśnie funkcjonują kluby z charakterem.
Ludzie przychodzą i odchodzą. Jedni zostawiają po sobie trofea, inni wspomnienia, jeszcze inni niedokończone projekty. Są tacy, których nazwiska śpiewa się na trybunach jeszcze długo po ich odejściu. Są też tacy, o których pamiętają tylko archiwa internetowych portali. Zmieniają się twarze, zmieniają się koncepcje, zmieniają się ambicje. Raz panuje euforia, innym razem frustracja. Dziś ktoś jest bohaterem, jutro staje się celem krytyki. Futbol jest bezlitosny. Nie zna sentymentów, ale jest coś, co pozostaje niezmienne. Wisła Płock. Bo prawdziwa siła klubu nie polega na tym, kto aktualnie zajmuje gabinet przy stadionie. Nie zależy od tego, kto stoi przy linii bocznej ani kto zakłada opaskę kapitańską. Fundamentem są ludzie, którzy pojawiają się na trybunach niezależnie od miejsca w tabeli, pogody i nastrojów. To oni tworzą ciągłość. Przez lata Wisła przeżyła wiele zmian. Były awanse i spadki. Wielkie mecze i bolesne porażki. Były sezony, które chciało się oglądać w nieskończoność, i takie, które najchętniej wymazałoby się z pamięci, a jednak za każdym razem stadion otwierał bramy. Za każdym razem ktoś wyciągał szalik z szafy. Za każdym razem ktoś tłumaczył dziecku, dlaczego właśnie Wiśle Płock kibicuje. I właśnie dlatego żadna pojedyncza osoba nie jest większa od całej historii. Oczywiście emocje są naturalne. Kiedy odchodzą ważne postacie, pojawia się niepewność. Kibice zaczynają zadawać pytania. Czy obrano właściwy kierunek? Czy nie stracono czegoś cennego? Czy kolejny projekt okaże się sukcesem? To dobre pytania bo w ostatnich dniach szczególne emocje budzą odejścia z klubu osób, które w ostatnich sezonach odpowiadały za duże sukcesy naszego ukochanego klubu. Wśród sympatyków nie brakuje głosów, że problemy, z którymi Wisła mierzy się obecnie, nie pojawiły się z dnia na dzień i że konkretne postacie miały wpływ na decyzje podejmowane przez te osoby. Wielu zadaje sobie więc pytanie, czy obecne zmiany nie oznaczają zmianę kursu na ten rozdział historii o którym szybko będziemy chcieli zapomnieć. Nie jest tajemnicą, że spora grupa kibiców przyjęła pewne decyzje bez entuzjazmu. Pojawiły się obawy, że klub może kręcić się w tym samym kręgu pomysłów i ludzi, którzy od dłuższego czasu nie potrafią zapewnić oczekiwanego postępu, a jak już zaczęliśmy przez ostatnie dwa sezony widzieć ten postęp dzięki pracy ludzi potrafiących wywiązywać się bardzo dobrze ze swoich zadań, to ktoś musiał to niestety zepsuć. Ostatecznie jednak futbol zawsze wystawia rachunek. Nie za deklaracje. Nie za konferencje prasowe. Nie za stanowiska. Za wyniki. Dlatego wielu kibiców oczekuje dziś od właściciela przede wszystkim uważnej obserwacji sytuacji. Jeśli obecny model zarządzania okaże się skuteczny, obroni się sam. Jeśli nie, potrzebne będą kolejne decyzje. Szybkie, odważne i podejmowane wyłącznie w interesie Wisły Płock. Bo żaden działacz nie jest celem samym w sobie. Celem jest rozwój klubu. To dobre pytania. Złe byłoby tylko jedno. Utrata wiary w samą Wisłę. Bo jeśli spojrzeć szerzej, przez pryzmat dziesięcioleci, łatwo zauważyć pewną prawidłowość. Każda epoka wydawała się końcem świata dla części kibiców. Każda zmiana wywoływała dyskusje. Każda decyzja miała zwolenników i przeciwników, a później przychodził następny sezon. Potem kolejny. I jeszcze jeden, a herb Wisły nadal znajdował się w tym samym miejscu. W świecie współczesnego futbolu wszystko dzieje się szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. Media społecznościowe produkują emocje przez całą dobę. Jeden komunikat potrafi wywołać lawinę komentarzy. Jedno zdjęcie staje się powodem do wielogodzinnych debat. Czasem warto jednak spojrzeć na sytuację z dystansu. Wisła Płock nie jest sprintem. Jest maratonem. To opowieść pisana przez pokolenia, a nie przez jeden zarząd, jednego szkoleniowca czy jedną grupę zawodników. Najważniejsze pytanie nie brzmi więc kto odszedł? Najważniejsze pytanie brzmi co zostanie po nas wszystkich za dwadzieścia lat? Czy kolejne pokolenie nadal będzie przychodziło na stadion? Czy dzieci obecnych kibiców będą przeżywały te same emocje? Czy miasto nadal będzie miało swój piłkarski punkt odniesienia? Jeżeli odpowiedź brzmi tak, to znaczy, że fundament jest zdrowy. Bo choć kibice mają prawo domagać się zmian, rozliczać decyzje i krytykować tych, którzy ich zdaniem nie dowieźli oczekiwanych rezultatów, to jednocześnie warto pamiętać, że przyszłość klubu nie kończy się na jednym nazwisku czy nawet trzech. To tylko kolejne rozdziały. Jedne lepsze, inne gorsze. Jedne zapisane złotymi literami, inne czerwonym flamastrem korektora, ale wszystkie są częścią tej samej historii. A historia Wisły Płock trwa dalej. I będzie trwała długo po tym, gdy obecne nazwiska staną się jedynie przypisem w klubowych kronikach.


Zgadzam się. Nie takie wstrząsy przechodziliśmy. Bez przesady też z wpadaniem w rozpacz po trenerze, bo ten klub istniał na długo przed jego przyjściem i osiągał równe, czasem gorsze, a czasem dużo lepsze wyniki. Przynajmniej jest realna nadzieja, że nie będziemy kolejny sezon robić w Ekstraklasie za nowe wcielenie Puszczy Niepołomice, oferując przede wszystkim antyfutbol.