Żaglewski: Dlaczego kibicowanie boli i dlaczego nie potrafimy z niego zrezygnować??

Kibic piłkarski to osobliwy przypadek człowieka. W świecie, w którym większość rozrywek projektowana jest tak, by dostarczać przyjemność, on świadomie wybiera coś, co przez 90 minut generuje napięcie, frustrację i stres, bardzo często kończy się rozczarowaniem, a mimo to wraca co tydzień. To nie jest przypadek. To mechanizm.

Pierwszy błąd w myśleniu o kibicowaniu polega na traktowaniu go jak zwykłego hobby

Badania psychologiczne jasno pokazują, że w przypadku sportu, a zwłaszcza piłki nożnej, mamy do czynienia z czymś znacznie głębszym, co nazywamy identyfikacją społeczną. Polega to na tym, że kibic nie „ogląda” meczu, tylko  uczestniczy. Zwycięstwo drużyny podnosi jego samoocenę, porażka ją obniża. To dlatego w języku fanów funkcjonuje liczba mnoga. „Wygraliśmy”, „przegraliśmy”. Klub przestaje być zewnętrznym bytem, a staje się częścią „ja”. W realiach niedużych miast widać to szczególnie wyraźnie. Dla wielu osób ich ulubiony piłkarski klub nie jest tylko dodatkiem do życia. Jest jego stałym elementem, obecnym niezależnie od wyników, tabeli i innych okoliczności.

Drugim filarem kibicowania jest potrzeba przynależności

Współczesny świat rozluźnił wiele tradycyjnych więzi społecznych. Praca jest mobilna, relacje często powierzchowne, a życie coraz bardziej rozproszone. Na tym tle stadion pozostaje jednym z ostatnich miejsc, gdzie wspólnota ma realny, namacalny wymiar. Szalik, barwy i wspólny doping to nie są dodatki. To symbole przynależności. Badania pokazują, że silna identyfikacja z grupą kibiców obniża poczucie izolacji, wzmacnia więzi społeczne i daje poczucie zakorzenienia. Mówiąc prościej człowiek potrzebuje „swoich ludzi”, a trybuny  niezależnie od poziomu rozgrywek, wciąż potrafią to dać.

Najbardziej paradoksalny element kibicowania to jego emocjonalna intensywność

Z badań fizjologicznych wynika, że w trakcie meczu u kibiców rośnie tętno, poziom stresu i napięcia. Organizm reaguje tak, jakby sam uczestniczył w rywalizacji. I tu dochodzimy do sedna, bo to właśnie nieprzewidywalność czyni futbol tak angażującym. W świecie uporządkowanym i przewidywalnym mecz pozostaje jednym z niewielu doświadczeń, których nie da się zaplanować ani „ustawić pod użytkownika”. Możesz być lepszy i przegrać, możesz być gorszy  i wygrać, a wszystko może się zmienić w jednej akcji. To tworzy emocjonalny rollercoaster, którego nie oferuje żadna inna forma rozrywki.

Psychologia zna to zjawisko bardzo dobrze. Najsilniejsze reakcje dopaminowe pojawiają się nie przy nagrodach pewnych, ale przy tych nieprzewidywalnych. To ten sam mechanizm, który odpowiada za popularność gier losowych. W kontekście kibicowania oznacza to, że częste rozczarowania nie osłabiają przywiązania, tylko je wzmacniają. Bo każda porażka podnosi stawkę kolejnego zwycięstwa, a gol w 90. minucie smakuje inaczej, gdy poprzedziły go tygodnie frustracji. 

Tu wracamy do obserwacji, którą trafnie od czasu do czasu opisują różni redaktorzy sportowi, że…

Kibicowanie często boli

Nie jest to metafora. Silna identyfikacja z drużyną sprawia, że porażki wywołują realne emocje takie jak złość, frustrację czy poczucie niesprawiedliwości. Z punktu widzenia racjonalnego konsumenta rozrywki to absurd. Po co angażować się w coś, co tak często kończy się negatywnym doświadczeniem?

Odpowiedź jest prosta. Bez tego negatywnego doświadczenia nie byłoby pozytywnego.

W świecie, w którym wszystko można zmienić poczynając od operatora telefonii komórkowej, poprzez pracę, a kończąc na miejscu zamieszkania, kibic pozostaje wierny. Nie dlatego, że to się opłaca. Dlatego, że to jest część jego tożsamości. Nie zmienia się klubu tak, jak nie zmienia się przeszłości. Dlatego nawet w trudnych momentach, a każdy klub takie przechodzi, trybuny nie pustoszeją całkowicie. Zostają ci, dla których wynik jest ważny, ale nie najważniejszy.

Z perspektywy chłodnej analizy kibicowanie można nazwać wprost inwestycją wysokiego ryzyka. Duże zaangażowanie emocjonalne, niepewny wynik, częste straty, rzadkie, ale bardzo intensywne „zyski”. I właśnie ta struktura sprawia, że trudno z niej zrezygnować. Bo kiedy przychodzi moment sukcesu taki jak awans na wyższy poziom ligowy lub do europejskich pucharów, zwycięstwo, przełamanie po pięciu porażkach z rzędu, to rekompensuje on znacznie więcej niż tylko jeden mecz. Rekompensuje tygodnie, miesiące, czasem lata. 

Futbol oferuje coś, czego coraz trudniej szukać gdzie indziej

Autentyczne emocje, realną wspólnotę, historię, która trwa i rozwija się w czasie. To nie jest produkt „na żądanie”. To doświadczenie, które wymaga cierpliwości. I może właśnie dlatego, mimo frustracji, mimo rozczarowań, kibic wciąż wraca na stadion czy przed telewizor do tej samej drużyny. Bo wie, że gdzieś po drodze, prędzej czy później, pojawi się moment, dla którego warto było to wszystko przeżyć.

Wszystko to, o czym mowa wyżej czyli emocje, napięcie, niepewność, nadzieja i ryzyko rozczarowania będzie miało miejsce już za trzy dni, w piątek 10 kwietnia o 18:00. To właśnie wtedy znowu wejdziemy w ten dobrze znany schemat. Najpierw oczekiwanie, potem pierwsze nerwy przy wyjściu na boisko, każda akcja przeżywana jak sprawa osobista i to napięcie, które rośnie z każdą minutą. I nieważne, co mówi tabela. Nieważne, jakie są prognozy i chłodne analizy. Bo kiedy zaczyna się mecz twojej drużyny to wszystko przestaje być racjonalne. Zostają tylko emocje. Może znowu będzie frustracja. Może rozczarowanie. A może ten jeden moment, który sprawi, że wracając do domu pomyślimy, że „dla tego warto było tu być”. I właśnie dlatego mimo całej tej niepewności będziemy tam, albo przed telewizorem, albo z telefonem w ręku, śledząc każdą akcję. Bo kibicowanie to nie jest wybór na jeden wieczór. To jest historia, którą pisze się co tydzień, nawet wtedy, gdy boli.

A może przede wszystkim wtedy.

Kopnij dalej

Dodaj komentarz