W Wiśle Płock można dziś odnieść wrażenie, że klub znalazł się w dość osobliwym punkcie swojej historii. Z jednej strony drużyna gra w Ekstraklasie, potrafi wygrywać mecze, zdobywa punkty i po dziewięciu kolejkach ma realny kontakt ze środkiem tabeli. Z drugiej, nad klubem wciąż unosi się pytanie, które pojawiło się jeszcze latem, kto właściwie będzie długofalowo odpowiadał za stery Wisły?
I być może właśnie teraz warto na chwilę odsunąć emocje, nazwiska i wszystkie zakulisowe historie. Bo Wisła Płock potrzebuje czegoś znacznie bardziej przyziemnego. Stabilnego, odpowiedzialnego i jasno określonego sposobu zarządzania klubem. Nie chodzi o to, żeby robić rewolucję dla samej rewolucji. Czasami największym błędem w piłce jest przekonanie, że skoro coś można zmienić, to koniecznie trzeba to zmienić, ale działa to również w drugą stronę. Tymczasowość nie może stać się sposobem zarządzania.
Najpierw fakty
16 czerwca doszło w Wiśle Płock do bardzo dużych zmian. Piotr Sadczuk przestał pełnić funkcję prezesa, a jego obowiązki przejął dotychczasowy wiceprezes Maciej Wiącek. Jednocześnie klub rozstał się z trenerem Mariuszem Misiurą i dyrektorem sportowym Radosławem Kucharskim. Nowym szkoleniowcem został Adam Majewski. W komunikacie klubowym sytuacja została przedstawiona jako rozwiązanie przejściowe. Wiącek miał pełnić obowiązki do czasu powołania nowego prezesa. Klub zapowiadał również, że o kolejnych krokach dotyczących zarządu poinformuje w odpowiednim czasie. Tymczasem minęły ponad trzy miesiące i właśnie tutaj zaczyna się najciekawsza część całej historii. Bo dziś nie mamy już Wisły, która dopiero próbuje przetrwać chaos po spadku. Nie mamy również klubu walczącego o powrót do Ekstraklasy. Mamy klub ekstraklasowy. Z nowym stadionem. Z rosnącymi oczekiwaniami. Z coraz większym zainteresowaniem kibiców i z zespołem, który przynajmniej na razie daje argument, aby patrzeć w przyszłość z umiarkowanym optymizmem. To zupełnie inna sytuacja niż jeszcze kilka lat temu.
Wynik sportowy daje dziś Wiśle coś bardzo cennego
W futbolu istnieje stara zasada, że wyniki potrafią przykryć naprawdę wiele problemów i nie ma w tym nic złego. Klub piłkarski jest przede wszystkim klubem piłkarskim. Można mieć świetny marketing, eleganckie gabinety, rozbudowaną strukturę i piękne prezentacje w PowerPoincie, ale kiedy drużyna regularnie przegrywa, cała reszta zaczyna wyglądać jak dekoracja. Wisła obecnie tego problemu nie ma. W ostatnich trzech meczach zdobyliśmy 7 pkt.
20 września płocczanie wygrali na wyjeździe z Zagłębiem Lubin 2:0. Bramki zdobyli Łukasz Sekulski i Said Hamulić. To było zwycięstwo szczególnie istotne z jednego powodu. Pozwoliło Wiśle odbudować pozycję po wcześniejszych spotkaniach i wejść w przerwę reprezentacyjną z 11 punktami po ośmiu rozegranych meczach.
Wisła zajmuje obecnie 11. miejsce, ale ma rozegrane o jedno spotkanie mniej niż większość rywali i tutaj zaczyna się ciekawa matematyka. 11 punktów po ośmiu meczach oznacza średnią 1,375 punktu na spotkanie. Jeżeli taki poziom zostałby utrzymany przez cały sezon, dawałoby to około 47 punktów. Oczywiście piłka nożna nie jest arkuszem kalkulacyjnym. Gdyby była, kluby zatrudniałyby księgowych zamiast trenerów, ale ten prosty rachunek pokazuje jedną rzecz. Wisła nie jest dziś w sytuacji, w której trzeba wszystko burzyć i budować od początku. Wręcz przeciwnie.
Jest fundament, na którym można pracować.
Najważniejsze, że drużyna nie została rozbita
To jest być może najważniejsza rzecz po całym zamieszaniu z końcówki poprzedniego sezonu. Wisła straciła prezesa, trenera i dyrektora sportowego. Dla każdego klubu taki zestaw zmian w jednym momencie jest ogromnym wyzwaniem, a jednak nie doszło do sportowej katastrofy. Adam Majewski przejął zespół i zaczął budować własną wersję drużyny. Pojawili się nowi piłkarze. Latem klub znalazł również nowego dyrektora sportowego. Został nim Łukasz Stupka, wcześniej związany między innymi z Widzewem Łódź. To ważne. Bo jeśli przyjrzeć się strukturze sportowej Wisły po czerwcowym trzęsieniu ziemi, widać, że klub jednak wykonał pracę. Nie wszystko zostało zostawione przypadkowi. Nie ma już pustki na wszystkich najważniejszych stanowiskach. Drużyna funkcjonuje. Trener pracuje. Dyrektor sportowy pracuje. Piłkarze grają i co najważniejsze, zdobywają punkty.
A jednak pozostaje jeden duży znak zapytania
Prezes. To właśnie tutaj potrzebna jest klarowność. Nie dlatego, że Maciej Wiącek nie zna klubu. Wręcz przeciwnie. Jest związany z Wisłą od wielu lat, pracował w niej jako rzecznik prasowy, dyrektor biura zarządu, a następnie wiceprezes. Klub oficjalnie podkreślał jego wieloletnie doświadczenie organizacyjne. Problem nie polega więc wyłącznie na nazwisku.
Problemem jest model funkcjonowania. Jeżeli Maciej Wiącek ma być prezesem Wisły Płock na dłużej, to należy to jasno powiedzieć, określić jego kompetencje, odpowiedzialność i plan działania. Jeżeli natomiast klub chce przeprowadzić konkurs, postępowanie czy inny proces wyboru nowego prezesa, to również powinno być wiadomo, na jakim jest etapie. Bo najgorszym rozwiązaniem jest stan zawieszenia.
Nie wiadomo, czy obecne rozwiązanie jest docelowe. Nie wiadomo, czy tymczasowe. Nie wiadomo, kiedy nastąpi decyzja, a przecież prezes klubu nie jest tylko człowiekiem, który podpisuje dokumenty. To osoba, która powinna reprezentować klub wobec miasta, sponsorów, zawodników, agentów, Ekstraklasy, partnerów biznesowych i co równie ważne kibiców.
Kibice vs prezes
W całej dyskusji o przyszłości Wisły łatwo skupić się wyłącznie na gabinetach. Prezes, dyrektor sportowy, trener, właściciel, rada nadzorcza, inwestorzy, strategie i plany. Tyle że Wisła Płock to nie tylko spółka. To również stadion, a stadion bez kibiców może być pięknym obiektem, ale pozostaje tylko obiektem i właśnie tutaj pojawia się problem, którego nie powinno się zamiatać pod dywan. Relacje pomiędzy Maciejem Wiąckiem a zorganizowanymi kibicami Wisły Płock są bardzo złe. To nie jest już kwestia komentarzy w internecie czy pojedynczych niezadowolonych osób. W czerwcu zorganizowane grupy kibicowskie ogłosiły zerwanie kontaktów i współpracy z ówczesnym zarządem klubu. Kilka miesięcy później konflikt wyszedł jeszcze mocniej na stadion. Podczas wrześniowego meczu Wisły z Cracovią młyn nie prowadził zorganizowanego dopingu, nie pojawiły się również klubowe flagi. Na trybunie zawisł natomiast transparent skierowany bezpośrednio do Macieja Wiącka. To już nie jest symboliczny gest. To jest komunikat i niezależnie od tego, kto ma rację w poszczególnych sporach, nie można udawać, że problemu nie ma.
Najbardziej niepokojące jest coś innego
Można pokłócić się z kibicami. Można nie zgadzać się z ich oceną sytuacji. Można uważać, że część ich zarzutów jest przesadzona, ale trzeba sobie odpowiedzieć na jedno bardzo proste pytanie. Czy Wisła Płock może przez dłuższy czas funkcjonować bez swojego zorganizowanego dopingu na własnym stadionie?
Bo jeśli odpowiedź brzmi „tak”, to właściwie problemu nie ma. Tylko że trudno będzie znaleźć kibica, który naprawdę w to uwierzy. ORLEN Stadion ma 15 tysięcy miejsc. To miejsce zostało stworzone po to, żeby żyło podczas meczów. Żeby było słychać ludzi. Żeby piłkarz wychodzący na boisko czuł, że gra u siebie. Tymczasem podczas meczu z Cracovią zabrakło tego elementu, który przez lata był jednym ze znaków rozpoznawczych Wisły. Frekwencja wyniosła 6218 osób, a zorganizowanego dopingu nie było i tutaj dochodzimy do sprawy, której nie można sprowadzić wyłącznie do konfliktu personalnego.
Co będzie dalej? Bo możemy sobie wyobrazić dwa scenariusze. Pierwszy jest taki, że Maciej Wiącek pozostaje na stanowisku. Konflikt z kibicami trwa. Młyn nadal protestuje. Na kolejnych meczach pojawiają się transparenty, a zamiast dopingu jest cisza albo ograniczone wsparcie. Drużyna wychodzi na boisko i gra u siebie. Tylko że bez jednego z najważniejszych elementów przewagi własnego stadionu. Drugi scenariusz jest zupełnie inny. Klub i kibice siadają do rozmowy. Nie po to, żeby ktoś „wygrał”. Nie po to, żeby jedna strona drugą upokorzyła. Tylko po to, żeby ustalić, czy można odbudować choćby podstawowy poziom wzajemnego zaufania. Bo przecież nie chodzi o to, żeby prezes przyjaźnił się z młynem. Nie musi. Prezes ma zarządzać klubem. Kibice mają go wspierać, krytykować, rozliczać i żyć jego wynikami. To dwie różne role, ale pomiędzy nimi musi istnieć jakaś forma komunikacji.
A co z piłkarzami?
To jest chyba najważniejsze pytanie. Bo w całym konflikcie jest grupa, która nie powinna ponosić jego konsekwencji. Piłkarze. Wyobraźmy sobie zawodnika Wisły, który wychodzi na mecz u siebie. Jest 10. minuta. Wisła przegrywa 0:1. Zamiast charakterystycznego huku trybun jest cisza. Nie dlatego, że drużyna gra źle. Nie dlatego, że kibice stracili zainteresowanie. Tylko dlatego, że trwa konflikt pomiędzy kibicami a władzami klubu. Czy naprawdę chcemy, żeby tak wyglądała domowa atmosfera Wisły przez cały sezon? To pytanie nie jest skierowane przeciwko kibicom. Wręcz przeciwnie. To pytanie powinno zostać postawione wszystkim stronom konfliktu. Bo każdy może mieć swoje racje, ale rachunek na końcu płaci cały klub.
Kibice mają potężne narzędzie
Jest nim doping i właśnie dlatego jego brak tak mocno rzuca się w oczy. W polskiej piłce kibic nie jest klientem siedzącym w fotelu i konsumującym produkt sportowy. Przynajmniej w tradycyjnym rozumieniu futbolu. Kibic jest częścią meczu. Dlatego bojkot dopingu jest znacznie mocniejszym komunikatem niż kolejny post w mediach społecznościowych. Cisza na trybunie może powiedzieć więcej niż tysiąc komentarzy i podczas meczu z Cracovią właśnie taka cisza była jednym z najważniejszych elementów tego, co działo się na stadionie, ale każde narzędzie protestu ma też swoją cenę. Jeżeli protest będzie trwał długo, przestaje być wyłącznie komunikatem skierowanym do zarządu. Zaczyna oddziaływać na drużynę. Na atmosferę. Na frekwencję. Na wizerunek klubu i w końcu pośrednio, również na wyniki.
Dlatego pytanie o prezesa jest również pytaniem o atmosferę wokół Wisły
I tutaj wracamy do punktu wyjścia. Jeżeli Maciej Wiącek ma pozostać p.o. prezesa przez kolejne miesiące, to nie wystarczy powiedzieć: „Drużyna zdobywa punkty, więc wszystko jest dobrze”. Nie.
Na boisku może być dobrze, a w strukturach klubu nadal może istnieć poważny problem. Zresztą właśnie teraz, kiedy sportowo Wisła zaczęła łapać oddech, jest najlepszy moment, żeby ten problem próbować rozwiązać. Nie wtedy, kiedy drużyna przegra pięć meczów. Nie wtedy, kiedy kibice zaczną opuszczać stadion. Nie wtedy, kiedy trener będzie musiał odpowiadać na pytania o wszystko oprócz futbolu. Teraz.
Nie chodzi o to, kto pierwszy wyciągnie rękę
To jest kolejna pułapka. W takich sytuacjach wszyscy zaczynają czekać. „Niech oni pierwsi.”
„To oni zaczęli.” „To oni powinni przeprosić.” „To oni powinni zadzwonić.” I tak można czekać do następnej rundy, a przecież Wisła ma przed sobą sezon. Ma zawodników. Ma trenera. Ma kibiców. Ma stadion. Ma właściciela i ma problemy, które nie znikną tylko dlatego, że wszyscy będą udawać, że ich nie ma. Potrzebna jest rozmowa.
Nie medialna ustawka. Nie konferencja pełna okrągłych zdań. Normalna rozmowa. Kibice powinni móc powiedzieć, co ich boli. Klub powinien przedstawić swoją perspektywę. Jeżeli pojawiły się błędy, to powinny zostać nazwane. Jeżeli pojawiły się nieprawdziwe zarzuty, to również powinno się to jasno powiedzieć, a później trzeba ustalić, co dalej.
Bo Wisła nie może być zakładnikiem konfliktu
Ani kibice nie mogą być zakładnikami decyzji zarządu. Ani zarząd nie może być zakładnikiem oczekiwań trybun. Ani, tym bardziej, piłkarze nie mogą być zakładnikami konfliktu, którego nie wywołali. To jest moment, w którym potrzebna jest odpowiedzialność po obu stronach. Kibice mogą protestować. Mają do tego swoje narzędzia. Zarząd ma prawo podejmować decyzje, ale obie strony powinny pamiętać o jednej rzeczy. Wisła jest najważniejsza. Ludzie się zmieniają. Kadencje się kończą. Trenerzy odchodzą. Zawodnicy podpisują kontrakty, a później jadą dalej. Prezesi przychodzą i odchodzą. Kibice zostają. Klub zostaje. Historia zostaje i właśnie dlatego warto myśleć trochę dalej niż do następnego meczu.
Najważniejsze pytanie pozostaje bez odpowiedzi
Jeżeli Maciej Wiącek pozostanie na stanowisku prezesa Wisły Płock, czy klub zamierza zaakceptować sytuację, w której pierwsza drużyna będzie rozgrywała kolejne mecze u siebie bez zorganizowanego wsparcia swoich najwierniejszych kibiców? Bo to jest pytanie, którego nie da się rozwiązać tabelą. Wisła może wygrać 2:0. Może zdobyć trzy punkty. Może przesunąć się kilka miejsc wyżej i bardzo dobrze, ale jeśli po końcowym gwizdku na stadionie nadal będzie panowała cisza, problem pozostanie. Dlatego wybór przyszłego modelu zarządzania Wisłą nie powinien być rozpatrywany wyłącznie przez pryzmat tego, kto będzie lepiej zarządzał klubem w Excelu. Trzeba również odpowiedzieć na pytanie, kto będzie potrafił odbudować relacje pomiędzy klubem a jego trybunami. Bo silna Wisła Płock potrzebuje obu rzeczy. Sprawnych gabinetów i głośnego stadionu. Jedno bez drugiego będzie zawsze rozwiązaniem połowicznym. Dlatego w imieniu większości kibiców przesyłam gorącą prośbę. Znajdźcie rozwiązanie do 19 października 2026 i meczu z Radomiakiem. Jest na to sporo czasu. Prawie miesiąc. Znajdźcie rozwiązanie dla dobra naszego ukochanego klubu. Dla dobra Wisły Płock!


no tak, ale ten tekst nie wyjasnia mi o co wlasciwie jest ten spor z pelniacym obowiazki prezesa… a jednak to kluczowa sprawa. nie jestem po zadnej ze stron, bo nie wiem o co chodzi. ale niestety po tym tekscie dalej nie wiem o co chodzi. zazwyczaj ludzie spieraja sie o cos, ale…. niekoniecznie. czasami po prostu od poczatku nie ma wzajemnej 'spirit’.
.
co do kwestii samej nazwy 'pelniacego obowiazki prezesa’, to wydaje mi sie, ze obecna wladza lubuje sie w takich slownych zabawach. spojrzmy chociazby na 'telewizje polska w likwidacji’, a jednak funkcjonujaca na podobnych zasadach jak u poprzednich wladz. moze dlatego aktualny rzad czesto okresla sie mianem 'usmiechnietej koalicji’, bo kreauja sie na wielkich żartownisiów. niestety na koszt państwa i podatników.
Dobry tekst !
Ciekaw jestem co przyniesie Twój apel, bo patrząc obiektywnie to chyba żadna strona nie ustąpi i nie wykona gestu w kierunku drugiej…a na tym cierpi Klub niestety !