Czy to był naprawdę dobry sezon? [Felieton]

To już jest koniec… Sezon 2025/26 zostaje za nami. Jednak Wisła Płock się nie kończy. Życie się nie kończy. Koniec jednego, staje się zawsze początkiem drugiego. Przed włodarzami Wisły bardzo trudne lato. Dwa miesiące ciężkiej pracy. Nafciarze muszą się zbudować od nowa. Beniaminek przestanie być kopciuszkiem na balu. W przyszłym sezonie musimy znowu jasno zaznaczyć swoją obecność w lidze, a nie tylko być i trwać!

Kiedy ponad 308 dni temu ruszał sezon 2025/26, każdy z nas to rozstrzygnięcie jakie poznaliśmy po meczu z Lechem Poznań brałby w ciemno. Pewne utrzymanie, miejsce w górnej części tabeli. Beniaminek zajmuje 8. miejsce. Czy to źle ?

No właśnie nie. Wręcz odwrotnie, to bardzo dobry wynik. Dodatkowo ten wynik zapewni nam wpływy do klubowej kasy rzędu ponad 12,5 mln zł, ale o tym jeszcze więcej w oddzielnym tekście który już niebawem. Swoją drogą czeka nas długi tydzień. Podróż przez podsumowania, oceny, opinie, opisy. Zanim jednak to wszystko, słów kilka od autora o całym sezonie.

Celowo w kółko piszę o sezonie, a nie rundzie, bo to właśnie kampanię lipiec – maj należy teraz oceniać. Sama wiosna 2026, to tylko mała cześć całości. Część z jednej strony kiepska, z drugiej dająca pewne pozytywne sygnały odnośnie tego zespołu. I właśnie od tych pozytywnych sygnałów zacznę.

Mariusz Misiura jednak jest człowiekiem

Chociaż wielu z nas jesienią zaczynało w to wątpić, to koniec końców nasze trener nie okazał się superbohaterem ale tylko człowiekiem. Tylko, albo aż, zależy jak na to spojrzymy. Mariusz Misiura udowodnił wiosną, że potrafi wyciągnąć zespół z kryzysu. Potrafi przywrócić ustawienia fabryczne w podzielonej szatni. Potrafi koniec końców przyznać się do błędów, i to publicznie. To ostatnie, jest chyba najtrudniejsze.

Wiosnę zaczynaliśmy jako lider PKO BP Ekstraklasy. Na pierwszym miejscu w tabeli spędziliśmy calutką zimę. My jako kibice, już myśleliśmy o biletach na puchary. Marzyliśmy o dalekich wyjazdach i emocjach z nimi związanymi. A w Klubie? W Klubie trwała weryfikacja tych planów i marzeń na poziomie rzeczywistośc,i w jakiej znajduje się nasz Klub. Ta rzeczywistość okazała się dla nas niezwykle brutalna. Zimowe transfery i nasza pozycja na rynku pokazała to bardzo dobitnie.

Wisła próbowała sprowadzić takich piłkarzy jak Luquinhas czy Nahuel Leiva. Obaj wybrali inne klubu. Portugalczyk trafił ostatecznie do Radomia. Nahuel natomiast kiedy już wszystko wydawało się dogadane, i pozostało jedynie zamówić piłkarzowi bilety na samolot. Nagle przestał odbierać telefony, a kolejnego dnia poinformował, ze przyleci, ale nie do Płocka tylko do Białegostoku. To pokazuje jaka jest pozycja Wisły. Nawet kiedy byliśmy liderem, nadal pozostawaliśmy dla piłkarzy klubem drugiego wyboru. Tak oto do Wisły trafili Dominik Sarapata, Kyriakos Savvidis, Said Hamulić, czy Dion Gallapeni. Przy Łukasiewicz 34 pojawili się tez Marin Karamarko i Matvei Bokhno. Tylko o tych dwóch panach nie bardzo mogę cokolwiek napisać. Jeden zagrał mecz i doznał poważnej kontuzji, drugi ma naście lat, i swojej szansy na dobrą sprawę nie dostał. Obaj więc stanowią dla nas zagadkę, której rozwiązanie poznamy zapewne w przyszłym sezonie.

Do tego rachunku należy dołożyć odejście Andriasa Edmundssona. Chociaż o sam transfer do nikogo pretensji mieć nie można, bo cóż, to naturalne, że jeśli masz możliwość potężnego awansu, to chcesz zrobić ten krok. Po drugie, to normalne, że żaden klub piłkarski nie może zrobić z piłkarzy niewolników. Szczególnie w przypadku Wisły, wydaje się też istotnym aspekt przekazu, jaki idzie w świat po takim transferze. „Słuchajcie, z Wisły Płock można się wybić” – takie hasło wręcz krzyczy z transferu Ediego. W naszym przypadku nie o sam transfer jednak chodziło, ale o ten cały teatrzyk z nim związany. To ta szopka mogła i zapewne mocno uderzyła w szatnię Nafciarzy. To o czym mówiło się przez poprzednie miesiące nagle zaczęło się sypać, na haśle JEDNOŚĆ pojawiła się wilka rysa. Bo jeden z liderów nie umiał odejść „z klasą” . O tym czy to wina Ediego, czy jego agenta, słynącego zresztą z takich brudnych gierek, nie mi oceniać. Jedno z własnej perspektywy wiem na pewno. Nie było to bez szkody dla zespołu.

I tutaj wracamy do Mariusza Misiury, trenera który do najwyższej klasy rozgrywkowej wszedł nie tylko z drzwiami, ale też futryną. Niestety to spektakularne wejście miało też swoje negatywne skutki. My byliśmy liderem, trener stał się najczęściej zapraszanym do rozmów szkoleniowcem w kraju, a cała piłkarska Polska tylko czekała na potknięcie, które będzie mogło obalić ten rosnący mit. Minęła jesień, wiosną pierwszy mecz to wygrana nad Rakowem Częstochowa na własnym stadionie.. wtedy dopiero wszyscy uwierzyliśmy, że my naprawdę jesteśmy Królami Świata. Kolejne tygodnie pokazały jednak, że Król jest nagi. Porażka w Gliwicach, pechowa. Zawiniona nieskutecznością i błędem indywidualnym Daniego Pacheco. Mecz z Widzewem? Sędzia Gryckiewicz show. Jedziemy na Legię, i co? I bierzemy piłkę, pokazujemy, że umiemy w nią grą…i znowu przegrywamy. Król nie tylko był nagi, król zaczynał wyglądać na bezdomnego. Później mecz z rozpędzonym Zagłębiem które najzwyczajniej w świecie było od nas lepsze, i to udowodniło na boisku… A wtedy nadszedł mecz z Arką. Drużyna rozbita po serii czterech porażek. Zespół który nie dawno był liderem, teraz musiał nerwowo zerkać w dól tabeli, licząc każdy możliwy punkt i modląc się powoli o cud. Cud nie nadszedł, Arka rozszarpała nas wolą walki i charakterem. Po mecz słynna rozmowa pod płotem. Później godzinna rozmowa, ale już szatni. Rozmowa w której udział brali już chyba wszyscy święci… Prezesi, dyrektor sportowy, piłkarze, trenerzy. Pamiętam jak dziś, czekając w sali konferencyjnej na koniec tej rozmowy i wyjście do mediów trenera Misiury zaczęliśmy się zastanawiać, czy wyjdzie trener, czy może ktoś z zarządu i poinformuje nas, że trener Misiura już nie jest „naszym” trenerem. Ostatecznie jednak wyszedł urodzony w Szczecinie szkoleniowiec, wyszedł, wziął winę za porażkę na siebie. Odpowiedział na kilka niezbyt lotnych pytań z naszej strony i zniknął w mrokach klubowych korytarzy. To musiała być jedna z najdłuższych nocy w życiu Mariusza Misiury.

Ta noc jednak coś zmieniła. Pięć dni później Wisła mierzyła się w Krakowie z Cracovią. Wielu z nas uznało ten mecz, za spotkanie ostatniej szansy dla trenera. I wtedy zdarzył się „cud”. Wisła wróciła do swojej najlepszej wersji. Wygraliśmy tamto spotkanie 2:1. Nie umiejętnościami, chociaż tych też nie zabrakło. Wygraliśmy ten mecz charakterem, wolą walki i ambicjami. Mariusz Misiura w te kilka dni od mecz z Arką przywrócił coś, czym Nafciarze jesienią punktowali w trudnych chwilach. Tydzień później powtórzyliśmy ten scenariusz w Białymstoku i nadzieje odżyły na nowo. Trzeci z rzędu wyjazd do Katowic to już porażka, jednak do Płocka wracaliśmy wszyscy z podniesioną przyłbicą. Wygrana z Lechią przed własną publicznością była tylko kolejnym dowodem na to, że Wisła znowu płynie we właściwym kierunku. Wyjazd do Niecieczy i wysoka wygrana z walczącą o życie Termalicą była chyba tylko formalnością. Niestety, później coś się zacięło. Przyszły porażki i drugi wiosenny kryzys. Zapewnienie sobie utrzymania chyba sprawiło, że w szatni tematem przewodnim stała się niepewna przyszłość wielu zawodników. Kolejne porażki, z Radomiakiem, czy Pogonią pogłębiały ten stan. Mecz z Motorem był chyba apogeum. Po nim wielu z nas nie mówiło o tym, że Wisła jest piłkarsko słaba. Zobaczyliśmy na boisku zlepek nazwisk. Nie zobaczyliśmy znowu drużyny. W pomeczowej rozmowie z klubowymi mediami przyznał to nawet Quentin Lecoeuche, który powiedział, że zagraliśmy indywidualnie. a Poszczególnym jednostkom zabrakło tej piłkarskiej jakości. Francuz zdecydowanie miał w tej sytuacji rację. Mecz z Górnikiem Zabrze miał być znowu papierkiem lakmusowym reakcji zespołu i sztabu. Moim zdaniem, ten egzamin również zdaliśmy. Spotkanie chociaż przegrane, pokazało znowu charakter i ambicję. Niestety Górnik jakościowo nas przerósł. Wisła znowu miała przed sobą widmo niechlubnej serii pięciu porażek z rzędu, jednak w ostatniej kolejce, pokazaliśmy to, z czego słynęliśmy jesienią. Ambicje i walkę do końca. I takim obrazem piłkarze pożegnali ten sezon. Tak jak zaczynali. jako wojownicy, a nie banda ciepłych kluchów.

A trener? Mariusz Misiura, mógł wczoraj zasnąć w poznańskim hotelu w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.

Kopnij dalej

Ten post ma 2 komentarzy

  1. renegat

    sezon byl na pewno bardzo dobry, jesli mamy na wzgledzie podstawowy cel, czyli utrzymanie. przy tym od poczatku bylem zdania, ze ta jesienna pozycja byla mocno na wyrost. zreszta te okienko w przerwie zimowej sprawilo sporo zamieszania, chociaz p. Misiura stoi murem za p. dyrektorem sportowym Kucharskim. tymczasem ani Zjawinski ani Stanclik nie przyszli, za to p. Kucharski szykuje sie do odejscia do Legii, a przy okazj ten klub zaklepal juz sobie Zjawinskiego na kolejny sezon dziwnym trafem.
    .
    na pewno w tym dziwnym sezonie dla calej Ekstraklasy mozna bylo zrobic znacznie lepszy wynik, ale wydaje mi sie, ze w pewnym momencie zabraklo nam odpowiedniego doladowania zarowno w ataku jak i w pomocy.
    .
    potrzebujemy niewatpliwie wzmocnien przez kolejna kamapnia. i wydaje mi sie, ze rowniez wiecej rodzimych zawodnikow, aby druzyna przybrala bardziej polski rys. uwazam takze, ze powinnismy sie skupic na inteligentnych, kreatywnych zawodnikach, podobnych do Pacheco. wiadomo, ze wtedy niekoniecznie musza byc to Polacy, ale mozna sprobowac i takich znalezc.

  2. zksP

    Brawo za podsumowanie. Zanim zrobię swoje, to zaznaczę pod czym akurat nie do końca bym się podpisał:
    1) Czy w zimę aż tak rozmyślaliśmy już o pucharach, to chyba nie… Na pewno byli i tacy, ale nie oszukujmy się, nasza postawa nie była powalająca, więc i oczekiwania aż tak rozdmuchane nie były. Liderując za Stano prezentowaliśmy się duuużo lepiej.
    2) Nie rozgrzeszałbym tak łatwo dyrektora sportowego. Jasne, że czasami może oczekuje się od niego zbyt wiele, bo ściągnięcie Zjawińskiego nie wiem na ile było realne, ale skupianie się na nazwiskach jak Luquinhas, czy Nahuel Leiva wygląda po prostu słabo. To jasne, że będąc dyrektorem w Wiśle Płock ciężko przebić oferty Legi, Jagi, czy w tym momencie Radomiaka. Jeśli dla dyrektora to taki problem, to powinien podać się do dymisji. Skoro przyjął takie stanowisko, to musi mieć pomysł jak się tu odnaleźć.
    3) Nie do końca zgadzam się z oceną meczu w Krakowie jako dobrego występu. Dla mnie ten występ był dramatyczny, jeden z najgorszych naszych meczów. Wygrana z kategorii 1/10, a bardziej 1/20. Cracovia gra, kreuje, my nie potrafimy sklecić jakiejkolwiek akcji i wygrywamy po (chyba) dwóch rykoszetach. Nie odbieram Misiurze umiejętności miękkich. Doceniam postawę zespołu, bo na pewno trudno jest rywalizować po takiej serii, a jednak nie pękli. Coś jest w tym, że w tym meczu wrócił trochę duch jesieni, Misiura jakoś to reanimował (nie jak Saganowski, czy Stano kilka lat temu), ale…. dla mnie ten mecz to jednak przede wszystkim niebywały i niezasłużony fart. Ot, piłka… W Lubinie wg mnie graliśmy lepiej, ale przegraliśmy.
    .
    ,
    A co do sezonu? Na pewno sukcesem jest to, że uniknęliśmy dawnych demonów i spadku zaraz po awansie, co nie buduje… właściwie nic nie buduje – marki, zainteresowania młodych kibiców. Rywalizacja była ogromna, a my uniknęliśmy tej znanej nam nerwówki w ostatnich kolejkach. Coś pięknego! Tak więc nie ma co narzekać… I nie o narzekanie teraz powinno chodzić. Misiura pokazał, że ma ten najważniejszy pierwiastek – zarządzania szatnią, budowania zespołu w sferze mentalnej. Jednak taktycznie gramy mocno siermiężną piłkę, napisałbym, że taką zacofaną. Oczywiście doceniam organizację, bo widać że zawodnicy wiedzą co mają robić, gdzie się ustawiać itp itd. Jednak to wszystko jest skrajnie mało atrakcyjnie dla kibiców (zabijanie piłki nożnej po prostu), a do tego… wg mnie trudne do solidnego punktowania na dłuższą metę. Bronimy całym zespołem, a jeśli atakujemy, to najczęściej tak samo. Za mało tu ryzyka, za mało wyrachowania w postaci prostych, szybkich ataków…
    .
    Dlatego nasze wygrane, to często głęboka obrona, 1-2 naprawdę dobre szanse rywala i 1-2 dobre okazje wynikłe z nielicznych naszych wyjść do przodu. Reszta to kwestia szczęścia lub jego braku – kto będzie skuteczniejszy i kto wygra 1-0.
    .
    Zgadzam się w pełni, że trzeba patrzeć na cały sezon. Trener często powtarza o tym jak byliśmy liderem i to rozbudziło apetyty itd. Ok, ale jednak w tabeli jesieni zajęliśmy przedostatnie miejsce, za Termalicą. Serie po 4-5 porażek z rzędu, ze 4-5 bez gola… Zgadzam się z wypowiedzią Kamińskiego, że 2 sezon jest trudniejszy dla beniaminków. Wg mnie teraz rozstrzygnie się nasza przyszłość. Jeśli dyrektor się nie zepnie i nie pościąga kilku ciekawych grajków, to za rok możemy spaść z ostatniego miejsca. Żadnych Luquinhasów, żadnego rywalizowania z Jagą. Takich piłkarzy jak Rogejl, jak Lecoeuche, jak Vallejo z Piasta, jak Sanca z Piasta, Lokilo, Twumasi, a jeszcze są Dalmau, Dziczek, Tomasiewicz – da się? Da się. Termalica ma świetnego Fassbendera. Nawet w Puszczy Niepołomice był Lee grający tak, że u nas rywalizować z nim mógłby tylko Pacheco.
    Da się, łatwo nie będzie, ale to jedyna nadzieja, żeby za rok w takiej lidze nie być w ostatniej trójce. Nie możemy już liczyć na fart. Nie może być tak, że kolejny sezon nie potrafimy nawiązać boiskowej rywalizacji na równych zasadach. Nie ma innego wyboru, tym razem musimy zbudować zbalansowaną kadrę, która jest w stanie nawiązać walkę w Ekstraklasie… I modlić się o pozytywny finał. Ale nawet jeśli nie stać nas na transfery za miliony, to przygotujemy się odpowiednio.

Dodaj komentarz