Po kolejce… #19

Za nami druga kolejka rundy zimowej wiosennej Ekstraklasy. Po tym, co zafundowała w ten weekend pogoda działaczom i piłkarzom, warto jednak rozważyć nierozgrywanie kolejek na przełomie stycznia i lutego. Powiedzieć, że byliśmy świadkami kilku kabaretów, to jak nic nie powiedzieć.

Piątek

Weekend mieliśmy zacząć pojedynkiem w Płocku, Wisła po porażce w Gdańsku miała okazję przełamać się z starciu z Wartą. Wartą, która na otwarcie rundy zremisowała z Rakowem. Niestety albo i stety, ze względu na niekorzystne warunki pogodowe, mecz nie doszedł do skutku.

Więcej na ten temat możecie przeczytać w naszej RELACJI TU!

Stan murawy w Płocku na chwilę przed inspekcją. / Foto Wisła Płock

Gdy w Płocku było już wiadomo, że tego dnia w piłkę nikt nie pogra, w Łodzi zaczynał się nerwowy wyścig z czasem. Do godziny 18 wszyscy kibice czekali na decyzję sędziego i delegata czy mecz się odbędzie czy za płockim przykładem wszyscy rozejdą się do domów bez kopnięcia piłki. Ostateczny komunikat brzmiał – GRAMY! Wtedy zaczął się prawdziwie pasjonujący mecz, człowiek kontra natura, boisko w Łodzi odśnieżało, jeśli wierzyć doniesieniom, prawie 40 osób, z prezesem łódzkiego klubu na czele. W starciu delikatnym wparciem był fakt, że padający śnieg zamienił się w opad deszczu. Ostatecznie murawę udało się doprowadzić do stanu używalności i z lekkim opóźnieniem bo o godzinie 21, ale piłkarze Widzewa i Jagiellonii wyszli na boisko.

W Łodzi sędzia zapalił zielone światło, do ostatniej chwili trwał wyścig z naturą i czasem.

Co do samego meczu, piłkarze mimo opóźnienia i niezbyt przyjemnej aury, zafundowali nam całkiem zacne widowisko. Szczególnie podobać się mogła dynamiczna i ciekawa pierwsza połowa. W drugiej odsłonie zobaczyliśmy za to bramki. Najpierw wynik otworzył Dominik Kun, była na zegarze 78. minuta. Widzewiacy uznali jednak, że to nie koniec strzelania, w 90. minucie do bramki tym razem trafił Martin Kreuzriegler. Problem w tym, że była to własna bramka. Warto wspomnieć, że to drugi z rzędu mecz Austriaka z golem, w poprzedniej kolejce trafił do właściwej brami z rzutu karnego. Ostatecznie spotkanie zakończyło się remisem.

SOBOTA

Na początek soboty z Ekstraklasą Wydział Logistyki zaserwował nam pojedynek, będącego na autostradzie do mistrzostwa Rakowa z gliwiczanami. Piast w poprzedniej kolejce zaprezentował się więcej niż przyzwoicie w starciu z mizerną Jagiellonią, jednak Piastunki z tego pojedynku wyszły na remis. Starcie 1. z 16. drużyną można by umieścić w Sevres jako wzór meczu przepchniętego przez lidera tabeli. 2 celne strzały częstochowian udało się zamienić na jedną bramkę. Mecz do zapomnienia przez podopiecznych Marka Papszuna, jednak to właśnie takimi spotkaniami zdobywa się tytuły ligowe.

Częstochowianie nie zachwycają na starcie rundy wiosennej, jednak szczęśliwie punktują.

Kolejnym sobotnim pojedynkiem było starcie żałości z mizerią Górnika Zabrze z Lechią Gdańsk. Mecz całkowicie bez historii, gdyby nie pogoda i traktorek do odśnieżania (wybrany jednogłośnie graczem meczu).

Jedyną rzeczą wartą podkreślenia przy okazji tego spotkania jest żałość krajowych arbitrów. To, że Łukasz Zwoliński nie wyleciał z boiska, to wie jedynie sędzia Sylwestrzak, no może jeszcze sędziowie VAR. Możecie obejrzeć sobie powtórkę faulu gdańszczanina poniżej.

źródło: ekstraklasa.tv

W ostatnim sobotnim spotkaniu rywalizowały ze sobą: podbudowane bardzo udanym startem rundy wiosennej Zagłębie Lubin oraz niezbyt porywająca, ale skuteczna Legia. Górą z tego starcia wyszli warszawiacy, wygrywajac 2:1 i stając się jedynym klubem, który na wiosnę zanotował dwa zwycięstwa. Ozdobą meczu był gol Pawła Wszołka, który po bardzo ładnym prostopadłym podaniu posadził na tyłku obrońcę lubinian i skierował piłkę obok bezradnie interweniującego Jasmina Burica. Swoją drogą, współczuję Aleksowi Ławniczakowi tego pięknego przejazdu przed Wszołkiem i mam nadzieję, że do najbliższego meczu koledzy wykręcą go z murawy.

Legia może nie zachwyca grą, ale jest do bólu skuteczna.

Niedziela

Przyszedł czas na spotkania niedzielne, wiadomo jak niedziela to rosół, jak rosół to hit Ekstraklasy. Tym razem o naszą niestrawność zadbały zespoły z Mielca i Radomia. Bezradna i bezzębna Stal musiała się przeciwstawić ultra ofensywnemu stylowi gry trenera Lewandowskiego. W Mielcu widać że strata Hamulicia może kosztować ich wiele, w Radomiu zaś liczy się pragmatyzm i nic więcej. Nawet bramka strzelona przez Rossiego to dzieło przypadku i warunków meteo, swój spory udział w niej miał też Piotr Wlazło. Chociaż jedno Radomiakowi można, a nawet trzeba, oddać – ze stylem czy bez, punktują więcej niż solidnie. A Stal, no cóż, nie jestem pewien czy przyjście Kiko Hinokio będzie lekarstwem na kłopoty mielczan, ale wierzę że trener Majewski nie powiedział tam jeszcze ostatniego słowa.

Radomiak pewnie zmierza ku zapewnieniu sobie utrzymania Stal zaś z zadyszką na wiosnę.

Niedzielny deserek to miało być spotkanie Lecha z Miedzią Legnica, drugie w ciągu kilku dni. Pierwszy, zaległy pojedynek DRUGIEJ kolejki Ekstraklasy zakończył się podziałem punktów. W zasadzi nic wielkiego nie można napisać o tym pojedynku, prócz tego, że Lech ma OGROMNY problem ze skutecznością, po środowym pojedynku statystyki prezentowały się następująco:

Rezultat końcowy 2:2. W niedzielę poznaniacy zapowiadali srogi rewanż. Srogo nie było, rewanż się udał. No tak połowicznie, ale 3 pkt zostały przy Bułgarskiej. Przed nadchodzącym spotkaniem Ligi Konferencji trener Van Der Broom musi tylko nauczyć swoich piłkarzy finalizacji akcji, kreacja jako tako działa.

W Poznaniu jak zawsze, jak trwoga to do Ishaka!

W chwili, kiedy wszystkim oglądającym naszą rodzimą ligę zaczęła przechodzić zgaga po widowiskach w Radomiu i Poznaniu, na scenę w Szczecinie wyszli kolejni gladiatorzy. Myślisz Śląsk Wrocław i już wiesz, że nie będzie lekko, spotkanie miała ratować Pogoń. Ta sama Pogoń, która w poprzedniej kolejce zafundowała nam bardzo fajne widowiska w Łodzi, z gradem bramek i wieloma składnymi akcjami. Dodatkowo nowiutki stadion w Szczecinie, no czego chcieć więcej? I wtedy wchodzi ONA, logika ESA, Pogoń przyjęła dwie bramki. Fajnie to wygląda na wiosnę u Portowców szczególnie, że trener Gustafson zapowiadał, że przerwa zimowa w Szczecinie to głowie praca nad defensywą. Aż strach pomyśleć ile bramek by tracili szczecinianie bez tej szczególnej pracy, teraz w dwóch meczach wpadło ledwo 5. W Śląsku prócz jak zawsze niezawodnego Erica Exposito warto pochwalić Rafała Leszczyńskiego, który kilkukrotnie ratował w tym pojedynku wrocławian od utraty bramki.

Mimo hucznych deklaracji obrona Portowców to nadal banda dzieci we mgle.

Poniedziałek

Na zakończenie weekendu z Ekstraklasą Departament Logistyki zostawił nam starcie wagi ciężkiej. Goniąca podium Cracovia mierzyła się z czerwoną latarnią naszej ligi, Koroną Kielce. Nie byłoby przed tym meczem nic ciekawego, gdyby nie indolencja krakowian w starciach z beniaminkami, a już szczególnie ze scyzorykami. Na 5 ostatnich spotkań z Koroną najstarszy klub w Polsce punktował tylko raz. Tym razem tradycji stało się zadość i spotkanie zakończyło się zwycięstwem zespołu „prowadzonego przez „ŻÓŁTO-CZERWONYCH”. Pierwszą bramkę w 30. minucie zdobył obrońca gospodarzy Piotr Malarczyk. Warto tutaj podkreślić jak tytaniczną pracę wykonali w tej akcji obrońcy Pasów, żeby przypadkiem nie przeszkodzić. Po przerwie wynik podwyższył Jakub Łukowski z rzutu karnego. Tutaj warto wspomnieć trzy słowa o Jewhenu Konopliance i jego zachowaniu. Ukrainiec całkowicie bezsensownie pociągnął za koszulkę Deaconu w niegroźnej sytuacji. Przychodził do Craxy jako ten, który może być gwiazdą ligi i pociągnąć ten zespół, a na chwilę obecną nie daje więcej niż Dawid Kocyła w Płocku.

Ostatecznie wynik w Kielcach strzałem z kolejnego rzutu karnego ustanowił Karol Knapp, jednak na niewiele się to zdało. Korona wygrywa PIERWSZY RAZ OD SIERPNIA 2022 ROKU. Wtedy udało im się ukąsić Radomiak, teraz padło na zespół trenera Zielińskiego.

Tak prezentuje się tabela Ekstraklasy po 19. serii spotkań:

Kopnij dalej

Dodaj komentarz